Aeon’s End Legacy

Lata 90-te w polskiej fantastyce zapamiętam jako zalew kolorowych okładek. Wcześniej w księgarniach mogłem znaleźć bure książki z rosyjskimi bukwami. Początek dziewiątej dekady otworzył drzwi na zachód i poznałem literaturę amerykańską. Barbarzyńców, krasnoludy z aksami, elfy strzelające fajerbalami. I smoki. I magię. Dlaczego cofam się tak daleko w przeszłość? Bo Aeon’s End Legacy przypomniał mi tamte czasy, gdy z latarką pod kołdrą ratowałem fantastyczne światy, razem z bohaterem, który startował jako wypłosz, a kończył zostając półbogiem.

 

Uratuj Gravehold

 

Wyobraź sobie świat, który spłonął. Przez mroczne bramy przedostały się monstra określane jako nemesis. Naprzeciw stanęli magowie czerpiący siłę z magicznych portali. Wojna nie należała do wyrównanych, monstra zniszczyły znany świat. Ocalali ludzie pod przywództwem magów bram uciekli i zbudowali Gravehold – ostatni bastion. Jak nieopierzony kurczak czekasz na próbę, by stać się magiem bram. Tymczasem nemesis nie czekają. Gra zaczyna się od gwałtownego ataku, potem napięcie rośnie. Uczysz się w walce, stając naprzeciw coraz silniejszych przeciwników, nawet nie wiesz, kiedy zostajesz magiem bram. Przestaje to być istotne. Sytuacja ciągle się pogarsza, wyzwania się mnożą, a ostateczne zagrożenie wisi w powietrzu. Więcej powiedzieć nie mogę, ale fabuła gry jest całkiem zgrabną opowieścią utrzymaną w klimacie “jesteś ostatnią nadzieją ludzkości, a dookoła tylko mrok, krew i szaleństwo”.

 

 

Na jakim silniczku pracuje gra?

 

Legacy powstało na kanwie gry Aeon’s End i korzysta z mechaniki pierowowzoru. Sercem gry jest budowanie własnej talii (deckbuilding). Talia, którą konstruujesz posłuży do walki z nemesis, bo Aeon’s End jest grą kooperacyjną. Ty i współgracze w każdej rozgrywce musicie pokonać inne monstrum. A żeby nie było za łatwo nemesis zazwyczaj przybywa w towarzystwie popleczników. Nimi też trzeba się zająć. Jako mag musisz najpierw otworzyć bramy, by móc czerpać moc niezbędną do rzucania zaklęć. Potem musisz te zaklęcia zdobyć, przydadzą się też inne gadżety. Chwilę zajmie zanim się dobrze rozkręcisz. W tym czasie nemesis ze sługusami próbują Cię zabić lub zniszczyć Gravehold. 

Opisałem jedynie główną oś mechaniki. W kolejnych scenariuszach otrzymasz dodatkowe możliwości do walki z nemesis i nie mówię tylko o nowych kartach w talii, ale o alternatywnych mechanikach. Wszystko wprowadzane stopniowo, tak, byś mógł się oswoić, nauczyć nowych zasad i wypróbować je w boju. Na początku gry wybierasz postać, którą będziesz grać. Twój bohater nauczy się w trakcie gry nowych umiejętności. Generalnie cała zabawa w Aeon’s End pomyślana jest tak, by gracze podzielili się na grupę uderzeniową i grupę wsparcia. Grupa uderzeniowa skupia się na jak najszybszym naparzaniu zaklęciami, a wsparcie im to umożliwia usuwając przeszkody, lecząc i zaopatrując w środki. 

 

 

Czy zmarnuję przy tym czas?

 

Absolutnie nie. I postaram się udowodnić dlaczego. Gra posiada swoje wady i może od nich zacznę. Fabuła jest mocno liniowa. Wygrasz, przegrasz, nieważne, scenariusz i tak pędzi do przodu, jak po sznurku. Nie masz wpływu na opowieść, ale masz wpływ na warstwę mechaniczną gry. Po przegranej otrzymujesz wsparcie i możliwość odegrania się. 

Początek gry jest dość prosty. Moja drużyna w połowie kampanii zaliczyła pierwszą porażkę, ale powtórna gra ze wsparciem była tak łatwa, że nie stanowiła wyzwania. Poczułem lekkie rozczarowanie. Rekompensata nadeszła razem z końcówką kampanii. Ostatnie scenariusze przegrywaliśmy jeden za drugim i dopiero powtórki, w których udzielali nam pomocy magowie bram, mogliśmy z trudnością doprowadzić do finału. Absolutnie szczerze przyznam, że brakowało mi kolejnej szansy. W pierwszej połowie gry, po przegranej wolelibyśmy po prostu spróbować jeszcze raz na tych samych zasadach, bez wsparcia. W końcówce, po dwóch przegranych, chcieliśmy jeszcze raz stanąć przeciw nemesis i dowalić wreszcie bydlakowi, ale scenariusz mówił jasno – idziecie dalej. Poszliśmy, chociaż smród porażki pozostał. Zaznaczyłem wyżej, że drużyna dzieli się na atak i wsparcie. Ja grałem jako wsparcie i czasem czułem lekki wnerw, że nie mogę grzmotnąć czarem, tylko muszę zająć się upierdliwymi pierdołami. Na szczęście twórca to przewidział, o czym napiszę w zaletach. W kwestii wykonania żadnych zastrzeżeń, poza dwoma drobnymi. Legacy nie jest kompatybilne z podstawową wersją Aeon’s End pod względem wykonania kart. Jeśli weźmiesz karty z podstawki i karty z kampanii zobaczysz różnicę. Na szczęście w pudełku Aeon’s End Legacy znajdziesz karty z podstawki. I po kłopocie. 

Drugi problem – brakuje polskiego reset pack’a. W obcojęzycznym wydaniu możesz dokupić pakiet, którym zrestartujesz rozgrywkę. W grze przykleja się sporo naklejek lub pisze po kartach. Dzięki pakietowi restartującemu można ponownie wykorzystać grę do przejścia kampanii. A jest to istotne, bo drugi raz można przechodzić grę na poziomie dla zaawansowanych.

 

 

Dobra, a zalety?

 

Od groma. Gra jest wielowymiarowa, poznajesz w trakcie zabawy nowe karty i nowe taktyki. Oprócz zaklęć, są potężne artefakty i kryształy mocy, które służa tu za walutę. Karty to nie wszystko. Dostajesz inne mechaniki, w których możesz wyspecjalizować swoją postać. Najfajniejsze jest odkrywanie połączeń i tworzenie kombosów. I to wielowymiarowych, bo najlpesze kombo to takie, które odpala cała drużyna. Jeden otwiera bramy, drugi chroni Gravehold, trzeci niszczy popleczników, a czwarty wali w nemesis. Jeśli dobrze wszystko zaplanujecie i uda wam się przeżyć pierwsze ataki, potem sadzicie takie salwy, że licznik zdrowia monstrum kręci się jak wentylator. Ileż to daje uciechy. 

Gra zmusza do zmiany taktyki. Pisałem wyżej, że zacząłem się nudzić zapewniając wsparcie innym. Nadszedł jednak taki nemesis, że musiałem zejść z utartych ścieżek i grać zupełnie niekonwencjonalnie. Nowy brzydal i banda jego sługusów wyrwali z butów moją dotychczasową taktykę. Musiałem uczyć się nowej. Szybko.

Gra nie jest podatna na syndrom lidera. Za dużo się dzieje. Każdy gracz skupia się na własnej talii, a dyskusje, żywiołowe i liczne, trwają nad stołem podczas wybierania co kupić do talii, lub w którego złola uderzyć. Oczywiście pytań i wątpliwości jest więcej. A zagrożenie rośnie.

Gra, dzięki dodatkowym mechanikom i różnym taliom jest fantastycznie regrywalna. Do dzisiaj zastanawiam się nad różnymi połączeniami kart, których nie wypróbowaliśmy.

 

 

Do brzegu.

 

Świetnie się bawiłem przez cztery wieczory. Kilka lat temu klasyczny Aeon’s End jakoś mnie nie porwał, teraz nie odmówię rozgrywki. Dużo gadaliśmy, po przegranej byliśmy wściekli, po wygranej czuliśmy dumę. Fabuła, choć przewidywalna, miała zwroty akcji, była sprawnie napisana i dobrze uzupełniała rozgrywkę. 

Aeon’s End Legacy zapamiętam jako grę, która dała mi dużo emocji i kombinowania, Zapamiętam też charakterystyczne grafiki, które wyglądają jak wycięte z okładek płyt Iron Maiden 🙂

 

 

Jeśli spodobał Ci się tekst, polub gambitowy profil na facebooku i instagramie. Będziesz miał dostęp do bieżących informacji, bo publikuję krótkie notki niemal codziennie.