Czy zasługujemy na pismo o grach planszowych?

Wędkarze mają swój magazyn, miłośnicy koni również, fani gier komputerowych też nie mogą narzekać, a fani planszówek?

W lutym wpadłem na genialny pomysł. Postanowiłem, że wydam pismo o grach planszowych. Nie ma takiego magazynu na rynku, więc odkryłem niszę. Już się widziałem w roli redaktora naczelnego, gościa ubranego w marynarkę, obowiązkowo z wiecznym piórem w klapie. Na szczęście zanim cokolwiek zrobiłem w tym kierunku, napisałem do kilku znajomych osób z branży planszowej. Chciałem znać ich zdanie. Otrzymałem sporo ciekawych uwag, które dały mi do myślenia. Co z tego wyszło przeczytaj niżej. 

Nie mamy swojego magazynu, chociaż kilka pism o planszówkach pojawiło się w Polsce. Warto wspomnieć o trzech: Kurierze Planszowym, Świecie Gier Planszowych i Rebel Times (ostatni magazyn pojawiał się wyłącznie w formie elektronicznej). Żadne z pism już dzisiaj nie istnieje. 

Dlaczego?

 

Czas wrogiem papieru.

 

Proces produkcji gazety trwa. Nie dzień czy dwa, może trwać kilka tygodni lub miesięcy. Najpierw musi powstać koncepcja, potem redaktorzy piszą teksty (newsy, artykuły, recenzje), powstają zdjęcia. Kiedy materiał trafi do redakcji, ktoś musi to poskładać w magazyn i puścić do drukarni. Cały proces trzeba zaplanować dużo wcześniej. Wyobraź sobie, że do sklepów trafia nowość, recenzent dostaje ją w tym samym dniu, ogrywa najszybciej jak się da, pisze tekst, wysyła do redakcji i tylko za, powiedzmy, dwa miesiące wszyscy mogą przeczytać czy warto kupić grę, czy nie. 

Parsknąłeś śmiechem? Ja tak. Dzisiaj zainteresowanie nowością trwa góra miesiąc. Do tego czasu możesz przeczytać o grze na forach, usłyszeć na blogach, zobaczyć nagranie rozgrywki.

A newsy? Wyobraź sobie, że pismo już jest w druku, a tu okazuje się, że do zapowiedzianej premiery nie dojdzie, bo kontener z grami zatonął. Nie zdążysz wprowadzić poprawek, a czytelnicy błyskawicznie wyłapią fałsz.

Papier się skończył. Wyparły go blogi i media społecznościowe. Internet jest szybszy, bardziej przystępny i błyskawicznie odpowiada na wszelkie potrzeby.

 

 

Jak coś jest dla każdego, to jest dla nikogo.

 

Zacząłem się zastanawiać dla kogo miałoby być takie pismo. Pewnie wydaje Ci się to głupie. Jak to dla kogo? Dla maniaków planszówek, proste. 

Nie takie proste. Prawdziwy geek szuka informacji tylko o tych grach, które go interesują. I jest super skuteczny. Geek ma też własne zdanie i trudno mu zaimponować. Nie będzie czytał o grach rodzinnych, czy grach dla dzieci, bo to nie jego bajka. A gdyby zrobić magazyn stricte geekowski? To nikt poza geekami by go nie zrozumiał, a zaawansowanych graczy nie ma w Polsce tak dużo, by utrzymali gazetę. 

Dużo lepiej ma się sytuacja z graczami środka lub początkującymi. Pierwsi poznali już troszkę gier i w swoich środowiskach uchodzą za liderów, drudzy dopiero odkrywają hobby i wypracowują własny gust. Obie grupy są chłonne wiedzy. I tu pojawia się pytanie, czy tacy ludzie, zamiast kupić pismo, nie woleliby przeznaczyć funduszy na nową grę? 

No dobrze, zapytasz, a skąd mają wiedzieć jaką grę kupić? 

Wystarczy wrzucić na grupę “jaką grę polecacie początkującemu” i po minucie masz setkę komentarzy 🙂 Magazyn znowu staje się zbędny.

 

Hype szybko umiera.

 

Myślę że pierwszy numer magazynu poszedłby jak woda. Przy dobrej reklamie w internetach i umiejętnie nadmuchanej bańce w social-mediach, pierwszy nakład mógłby sprzedać się na pniu. Bo to coś nowego, bo nie ma takiej gazety i dużo osób byłoby ciekawych. Przyznaj sam, kupiłbyś pismo o planszówkach, choćby z ciekawości. Gorzej z numerem drugim i trzecim, kiedy emocje opadną. Człowiek nagle zdaje sobie sprawę, że pierwszy numer jeszcze leży na półce nieprzeczytany, obok stosik instrukcji do gier, też nieprzeczytany, i co mam dołożyć kolejną pryzmę papieru? Lasy niszczyć, w epoce eko?

Tak właśnie umiera idea. Chcę coś wiedzieć sięgam po telefon, a nie czekam na pismo.

 

 

Cyferki

 

Zróbmy małą symulację. Przyjmijmy, że wydaję kwartalnik i wierzę że sprzedam 1000 egzemplarzy pierwszego numeru, po 20 zł za sztukę. Jak napisałem optymistycznie wyżej, powinno się udać. Mam 20 000 zł przychodu. Przyjmijmy, że wystartowałem z projektem przez platformę wsparcia społecznego, która pobiera swoją prowizję. Zostaje mi 18 000 zł, a po zapłaceniu drukarni jakieś 13 000 zł. Fajnie, jestem na plusie. Jeszcze. Ale nie umiem składać pisma, muszę wynająć osobę, która zna się na składzie i jeszcze zaprojektuje mi fajną okładkę. Szwagier zna gościa, co dużo nie weźmie. Jeszcze drobnostki, podatek dochodowy, koszty wynajęcia biura, redakcji tekstów, wynagrodzenie dla fotografów i redaktorów, zus, marketing, księgowa, może vat  i inne rzeczy, o których nawet nie mam pojęcia… Jak zostaną mi 3000 zł jest super. I to mój urobek za trzy miesiące. Oczywiście mogę przyjąć opcję mega oszczędną: sam napiszę wszystkie teksty, zrobię zdjęcia, zredaguję, a cały nakład będę trzymał w garażu. I stamtąd wysyłał. 

Pracy na jakieś 2-3 miesiące, a co przy drugim i trzecim numerze? Przecież pisałem, że sprzeda się dobrze tylko pierwszy? Potem już tylko gorzej. Niesprzedane numery zalegają w garażu, dach przecieka, a wiosna w tym roku kapryśna.

Weź pod uwagę, że nie uwzględniłem kosztów wysyłki, a te trzeba przerzucić na kupującego. Cena pisma rośnie do 30 zł i pojawia się wątpliwość, czy pierwszy nakład sprzeda się cały. Bo jak się nie sprzeda, powyższe kalkulacje idą w piach.

 

 

Złe reklamy

 

Skoro uważam, że drugi i trzeci numer sprzedałyby się słabiej, pismo, aby się utrzymało musiałoby wprowadzić reklamy. 

Zanim powiesz meh, albo fuj, zastanów się trochę. Wydawanie gazety to przede wszystkim sposób na zarabianie pieniędzy. Tak samo jak wydawanie gier planszowych. A gazeta może przynosić dochód również z reklam. Właściwie reklamy są jednym z fundamentów utrzymania w branży papierniczej. Po podpisaniu umowy wiesz na czym stoisz. Powiedzmy, że wydawca zapłacił ci lub zobowiązał się do zapłaty za reklamę w trzech najbliższych numerach, masz stabilny dochód, możesz wrzucić w bilans. A bilans to podstawa. 

Tylko pytanie, czy wydawcy chcieliby się reklamować w takim piśmie? Dzisiaj dobrze zrobiona kampania w mediach społecznościowych lub inwestycja w Google Ads daje lepsze efekty w szybszy sposób. Pismo znowu przegrywa.

 

Czy zasługujemy na pismo o grach planszowych? Jak najbardziej, ale chociaż piszę o grach od lat, należałem i należę do różnych redakcji, przestałem wierzyć, że magazyn planszowy pojawi się na rynku. Nie ma szans na utrzymanie. Kropka.

 

Naczelnym nie zostanę, ale kupię sobie chociaż wieczne pióro.

 

Dziękuję wszystkim, którzy pomogli mi w powstaniu tego tekstu.

 

 

Jeśli spodobał Ci się felieton, polub gambitowy profil na facebooku i instagramie. Będziesz miał dostęp do bieżących informacji, bo publikuję krótkie notki niemal codziennie.