Czarny pan

Kiedy byłem dzieciakiem, jeździłem na wakacje do babci na wieś. Dla wychowanego w blokowisku ośmiolatka był to inny świat. Życie toczyło się na podwórku, w ogrodzie, na polu. Co dziennie działo się coś wyjątkowego. Razem z kuzynami tworzyliśmy zgraną bandę, często razem szwendaliśmy się po okolicy. Chodziliśmy nad rzekę łowić liny, albo pływać na starej oponie. Piekliśmy ziemniaki w ognisku, kradliśmy jabłka z sadu złośliwego sąsiada i graliśmy we wszystkie gry podwórkowe, jakie udało się przypomnieć lub wymyślić.

Pamiętam, jak babcia wołała nas na podwieczorek. Dzisiaj podwieczorek kojarzy się z ciastkiem lub pączkiem po obiedzie, wtedy była to pajda świeżego chleba skropiona wodą i posypana cukrem. Do chleba babcia dawała kubek parującego mleka z porannego udoju.
Do naszych obowiązków należało przepolowanie krów. Każdego ranka dziadek pędził krowy na pastwisko. Każdą przypinał długim łańcuchem do szpilki wbitej w ziemię. Krowa spokojnie wyjadała trawę w promieniu wyznaczonym przez łańcuch. Mając osiem lat odkryłem tajemnicę kręgów w polu. To nie ufo zostawiało koncentryczne kształty, tylko głodne bydło. W południe należało iść na pastwisko i przepiąć palik w miejsce, gdzie rosła świeża trawa.
Szliśmy kiedyś z kuzynami na takie przepolowanie. Po drodze opowiadaliśmy straszne historie. Każdy coś tam słyszał; o wampirze z Zagłębia, co mordował kobiety, o duchach zmarłych wracających do rodzinnych domów, o czarnej wołdze i czarnym panie, który pojawiał się nocą i porywał dzieci. Pamiętam, że zbierało się wtedy na burzę. Wiecie jak to jest: nadciągają chmury, robi się ciemno, wiatr ustaje, duchota straszna i aż boisz się pstryknąć, żeby spod palców nie trzasnął piorun.
Wspinaliśmy się na zbocze wzgórza, gdy nagle na jego szczycie pojawiła się jakaś postać. Stała między drzewami, wielka, czarna, na tle ciemniejącego nieba. Krzyknęła coś, ale błysnęło z boku i zaraz przetoczył się grzmot. Nie usłyszałem, nie widziałem wyraźnie, ale kuzyn przede mną odwrócił się i zobaczyłem jego przerażoną twarz. I wiedziałem co robić. Błyskawicznie zawróciłem i zacząłem uciekać. Pozostali chłopcy również. Już nic nie słyszeliśmy, biegliśmy jakby nas diabeł gonił. Zatrzymaliśmy się dopiero przy pierwszych budynkach. Spadały na nas grube krople deszczu. Nikt się nie odzywał. Zanim doszliśmy do domu, byliśmy cali mokrzy.
Po godzinie przestało padać. My zdążyliśmy wyschnąć. Siedzieliśmy wszyscy w kuchni przy piecu z kubkami ciepłej kawy zbożowej. Byliśmy pewni, że w lesie pojawił się czarny pan. Nagle wszedł wujek i od progu wesoło zahuczał
– Coście się tak wystraszyli na wzgórzu? Wołałem ale uciekaliście jak dzikie zające. Przeczekałem deszcz u sąsiada, aleśmy się z was obaj uśmiali.
W życiu czasem zbiera się na burzę. Czujesz i wiesz, że coś nadchodzi. I boisz się, a najbardziej boisz się nieznanego. Czarny pan to nie zagrożenie, to strach przed nim.
Nie dajmy się mu.
Przy planszówkach w Gliwicach spotykamy się co tydzień już od trzynastu lat. Nie zamierzam tego zmieniać. W najbliższą środę zbieram chętnych do rozgrywki na https://boardgamearena.com/ lub https://tabletopia.com/. Kto chce zagrać niech da znać w komentarzu lub odezwie się na facebooku (wystarczy kliknąć w guzik pod tekstem lub z prawej strony). Ustalimy szczegóły.

Poznaj Gambit. A może z nami zagrasz? Spotkania w każdą środę w Gliwicach przy ul. Studziennej 6 od 17.00. (poza kwarantanną). Polub nas na facebooku i instagramie, będę miał motywację do pisania kolejnych tekstów.