Jak dostałem łomot od nastolatka

„Ludzie często grają w planszówki dla zabawy i towarzystwa. Ja siadam do gry, żeby wygrać.”
Słowa Marcina, współautora Glory: A Game of Knights, lubię czasem cytować. Organizuję turnieje planszowe lub jak mogę, biorę w nich udział. W jednym i drugim przypadku, oprócz rozgrywki, są dodatkowe emocje, bo gramy o jakąś nagrodę. A rywalizacja jest potrzebna. Wiem, że wiele osób twierdzi, że grają dla przyjemności. Jasne, że tak. Ale nie wciskajcie kitu, że nie lubicie wygrywać! Zdobycie zwycięstwa jednym punktem jest wspaniałe. I pamięta się je długo.

Ostatnio usiadłem do turnieju w grę Wyprawa do El Dorado od Nasza Księgarnia – gry, podczas konwentu Planszówki w Spodku! edycja 2019. Za przeciwników miałem nastoletniego chłopca, studenta i kumpla, z którym gram od lat. Pierwszymi dwoma raczej się nie przejąłem, zwłaszcza, że pojęcia nie mieli o grach z budowaniem talii. Darek stanowił realne zagrożenie. Niejedna partia za nami, dobrze chłop kalkuluje, trudno z nim wygrać. Zaczęliśmy wyścig przez dżunglę w kierunku miasta ze złota. Pierwszy raz grałem w El Dorado, pozostali z resztą też, ale swego czasu ograłem dobrze Dominiona, znam Star Realms i inne deckbuildingery. Postawiłem na złotą zasadę: inwestuj w karty, zbuduj porządną talię, w potem przejedziesz się walcem po dżungli i przeciwnikach.
I się przejechałem. Jak na kredycie we frankach. El Dorado to wyścig. W grze trzeba budować talię i równocześnie biec swoim awanturnikiem do przodu. Jeśli zaniedba się jedno, lub drugie, gra się zemści. Szybko załapałem, że zostaję z tyłu. Wyrwałem do przodu przy najbliższej okazji, siekąc maczetami zielone piekło i machając wiosłem podczas przeprawy przez bagna. Kolejno dokupowane przedmioty pomagały w wyprawie. Tymczasem dzieciak naprzeciwko bez przerwy o coś pytał. Grał trochę nieporadnie, ale jego pionek parł do przodu. Dareczek już był w połowie drogi. Spiąłem się, wyklepałem modlitwę do boga losowości i dobrałem nowe karty. Jakoś poszło. Udało się przekupić wrogie plemiona, super maczetą wykarczować upierdliwe zarośla, a zaprzyjaźniony Indianin pokazał mi skrót. Złoty blask El Dorado był już w zasięgu ręki. Stanąłem u bram zaginionego miasta i potrzebowałem już tylko wiosła, by sięgnąć po wygraną. Darek deptał mi po piętach.
Tymczasem dzieciak wyłożył swoje karty i niewinnie zapytał – dobrze gram? Po kolei pokazał nam jak dociera do mety. Dobrze grasz – syknąłem. – Gratuluję. Teraz zejdź mi z oczu.

Uwielbiam turnieje, bo lubię wygrywać. A kto nie lubi? Cieszę się strasznie, gdy widzę jak inni łapią emocje i wstają z krzeseł. Czasami trudno usiedzieć na czterech literach. Młody bardzo się cieszył, nie dowierzał i trochę był dumny. Mam nadzieję, że doszedł do finału i wygrał. Mam nadzieję, że spotkamy się jeszcze. I się odegram…

Poznaj Gambit. A może z nami zagrasz? Spotkania w każdą środę w Gliwicach przy ul. Barlickiego 3 sala 33 (od 17.00 do 21.00)