Strażnicy kosmosu

Lata 80-te. Na kolanach mam rozłożone pismo Bajtek, dyktuję komendy, a kuzyn wklepuje je na Atari. Strona A4 zapisana drobnym maczkiem. Po dwóch godzinach odpalamy program.

Nie działa.

Przez kolejną godzinę sprawdzamy znak po znaku, znajdujemy błąd, odpalamy znowu i…

Siadam za sterami kosmicznego myśliwca (zlepek czterech pikseli) i zaczynam strzelać do obcych (zlepek sześciu pikseli z dziurką w środku). Jest epicko. Przechodzimy z kuzynem poziom za poziomem nie robiąc przerw nawet na wyjście do ubikacji.

Bazując na nostalgii do ośmiobitowych komputerów, wydawnictwo Nasza Księgarnia wydało Strażników kosmosu. Otwierając pudełko spodziewałem się radosnej, losowej strzelanki, a otrzymałem szybką grę taktyczną.

Z kosmosu nadlatują obcy. Jesteś ostatnią nadzieją ludzkości. Ustawiasz myśliwiec na orbicie Ziemi i… strzelasz do wszystkiego co się rusza. Może być obcy statek, może być sojusznik 😊 Mówiąc językiem gry: najpierw wykonujesz ruch myśliwcem, potem oddajesz strzał. Trafiasz zawsze, przecież jesteś weteranem. Jeśli trafisz w kosmitę, zabierasz go jako trofeum, jeśli strzelisz innemu graczowi w plecy, musi  oddać jedno ze swoich trofeów. Na koniec przesuwasz minę lub nie. Mina służy głównie do blokowania. Zabawa polega na zajęciu odpowiedniej pozycji, trafieniu w najbardziej opłacalny cel i zablokowaniu przeciwnika. Czasem z czegoś będziesz musiał zrezygnować. Możesz rozbudować myśliwiec, możesz odpalić rakietę i skosić cały rząd obcych jednym strzałem. Zastanów się dobrze co zrobi przeciwnik zanim zaczniesz działać. Przy rozgrywce dwuosobowej łatwiej to przewidzieć niż w zabawie na cztery osoby.

Gra na 20 – 30 minut, którą dorośli potraktują jako przerywnik, a rodzic z dzieckiem od 7 lat spokojnie się pobawi. Polecam zwłaszcza graczom pamiętającym Space Invaders.