Zrobiłem swojom grę

Szukałem tematu na felieton, a temat przyszedł sam. Historia, która ostatnio sprowokowała lawinę komentarzy na jednej z grup, tak naprawdę wraca niczym bumerang co jakiś czas. 

Młody, niedoświadczony, chłopak tworzy grę, po czym dzieli się ze światem informacją, że oto zrobił najlepszą planszówkę ever.

A świat ma na ten temat inne zdanie.

I kto tu ma rację?

 

Kilka lat temu… Dobra, kilkanaście, nie trzeba od razu wypominać 🙂 Organizowałem warsztaty i konwenty dla projektantów gier (polską wersję amerykańskiego formatu Unpub). Poznałem różnych ludzi, różne marzenia i różne problemy. Opowiem Wam kilka.  

Trafił do mnie kiedyś młody chłopak. Tworzył grę od wielu miesięcy, testował głównie z bratem, czasem zmuszał mamę. Młody włożył sporo pracy w prototyp i jeszcze więcej wiary, bo przecież skoro tak ciężko pracował, na pewno zrobił hit. Chłopak skopiował Talizman niemal jeden do jednego w warstwie mechanicznej. Wymyślił swoje krainy, swoje postaci i własne potwory, ale reszta identyczna jak w hicie Galakty. I jak powiedzieć takiemu, że Talizman zawsze będzie lepszy od kopii. Dlaczego? Bo to Talizman. Klient, który szuka takiej gry zawsze wybierze oryginał, a nie nikomu nieznaną podróbkę.

 

 

Pierwszy projekt zawsze trafia do pieca.

 

Serio. Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś zaprojektował swoją pierwszą grę planszową w życiu, a potem wydał ją i osiągnął sukces. 

Jeśli masz inne zdanie, jeśli wydałeś właśnie taką grę, zastanów się dobrze. Czy gra, którą wypuściłeś na rynek jest tym samym co kiedyś zacząłeś tworzyć? Na pewno nie. Możliwe, że z początkowego pomysłu został tylko tytuł. 

Widziałem natomiast projekty ludzi, którzy stworzyli pierwszą grę i ją wydali własnym kosztem. Nie dało się w to grać. Nazywam to realizacją marzeń po trupie. A trupem jest sam autor. 

W czym problem? Dzisiaj nazywa się to ładnie bańką. Autor zamyka się we własnej bańce i tworzy, w jego mniemaniu, najlepszą grę na świecie. Nie pokazuje jej nikomu, bo gra jeszcze nie jest gotowa. Nie można pokazać innym niegotowej gry, prawda? Więc siedzi i dłubie. Testuje tylko z jednym gronem testerów (mama, brat i chomik), aż dochodzi do punktu, w którym uważa, że zrobił ideał. W jego mniemaniu. Wychodzi  do świata i dostaje po dupie. 

Zawsze.

Dlaczego? Bo nie pyta, nie szuka, nie zasięga opinii, nie testuje w różnych środowiskach. Jest zajęty tworzeniem gry. Ba, nie gra w inne gry, bo nie ma czasu.

Bez wiedzy i doświadczenia nie da się zrobić najlepszej gry na świecie. A jak zdobyć wiedzę i doświadczenie? Tworząc gry i starając się, by każda z nich była najlepsza na świecie.

Niezły paradoks, prawda?

 

 

Potem wcale nie jest lepiej.

 

Pamiętam starszego pana, który na warsztaty przyniósł pięknie rzeźbione pudełko, a w środku ręcznie malowaną planszę i karty, malutki drewniany okręcik i różę wiatrów. Była to ślicznie wykonana gra o żegludze. Pan był nieśmiały, mocno się wstydził, mówił, że testował tylko z synem ale fajnie się bawili.

Zagrałem. W grze brakowało emocji, ruchy były albo oczywiste, albo pozbawione znaczenia, czasem pojawiało się losowe wydarzenie, na które gracz nie mógł zareagować. Starałem się w miarę łagodnie przekazać panu uwagi, bo było mi zwyczajnie żal człowieka. Napracował się i jedyne czego oczekiwał, to informacji, że jego praca miała sens.

 

Innym razem trafiłem na chłopaka, który kilkukrotnie zaczepiał mnie i dopytywał o spotkania prototypowe. Opisywałem, informowałem i zapraszam. Wahał się. Zaproponowałem, że przetestuję jego projekt indywidualnie, w knajpie, albo w gliwickim klubie planszowym. Chciałem pomóc. Synek długo się zastanawiał, wreszcie stwierdził, że musiałbym najpierw podpisać klauzulę, że nie ukradnę pomysłu. Uprzejmie odmówiłem. Kilka lat później wydał grę, mam ją na półce. Nie sprzedawała się nawet na wyprzedażach. Potem chłopak już zmądrzał i następne projekty testował gdzie się dało i z kim się dało. Ale chyba już nic więcej nie wydał.

I znowu bańka, w której się człowiek zamyka. Bo świat tylko czeka, żeby buchnąć cudo, które twórca wyrzeźbił. I znowu przeświadczenie, że to musi być cudo, bo przecież co innego?

 

Ostatni przykład: dwóch gości zrobiło grę bitewną w oparciu o komiks, który sami rysowali. Gra miała działającą mechanikę i nawet zainteresowało się nią jedno z wydawnictw. Ale zażądali zmiany tematu. W komiksie było sporo wulgaryzmów, a wydawca jasno określił: klienci, do których celujemy nasze gry, nie będą tolerować wulgarów. Autorzy nie zgodzili się na jakiekolwiek zmiany. Ich zdaniem produkt był idealny. Szczerze, nie wiem, czy wydali grę. Nigdy nie słyszałem, a śledzę polski rynek od lat. Doświadczeni wydawcy wiedzą co robią. Siedzą w biznesie od lat, a gry traktują trochę jak inwestycje. Warto im zaufać. 

Bohaterowie wszystkich wyżej opisanych przykładów, aż proszą się o krytykę. I teraz, dzięki internetowi, nikt by im tej krytyki nie szczędził. Przecież niektórzy, w swej naiwności, sami się proszą. Na pewno?

 

 

Teraz będzie puenta. Trzymajcie się krzeseł, bo zaoram się sam.

 

Czasem trzeba, żeby pokazać szerszy kontekst. 

Dawno temu chciałem zastać pisarzem (ha i wciąż piszę, więc coś tam się udało). Znany dawniej autor fantastyki Felix W. Kres na łamach miesięcznika “Fenix” prowadził cykl “Kącik złamanych piór”. Można było do Kresa wysłać opowiadanie, a on rzeczowo wytykał wszystkie błędy. Bez litości i z finezją spuszczał teksty w literackim sedesie. Szybko zyskał miano guru wśród młodych pisarzy. W jednym z odcinków wyspowiadał się publicznie, że sprawia mu przykrość obcinanie głów młodym autorom. Napisałem więc do Kresa (mojego ówczesnego idola) takie słowa ”młodych pisarzy NALEŻY GNOIĆ! Jest marny, niech się o tym dowie! Zależy mu, to i tak będzie pisał. Po tym poznać przyszłego mistrza – nic go nie przekona, że się nie nadaje.”

A Felix odpisał. Odpisał na mój list na łamach magazynu Fenix. 

“Otóż nie. Po tym poznać grafomana, nie mistrza(…). Twierdzenie, że prawdziwego artysty nic nie zawróci z raz obranej drogi, nosi wszelkie znamiona obiegowej opinii, nie mającej odbicia w rzeczywistości. Badałeś to Marcinie? (Serio, Kres walił do mnie po imieniu). Przytoczysz mi jakieś statystyki, opracowania, ankiety? (…) Może w Urzędzie Pocztowym Nr 1 w Kłonicach siedzi jakaś niepozorna urzędniczka, która (…) za namową koleżanki, przesyła próbkę prozy do takiego Kresa, który – ku uciesze Szanownego Czytelnika (czyli mnie) – gnoi ją, bo skoro jest marna, to niech się o tym dowie. Dobry Boże, dlaczego? (…) Dlaczego trzeba ją skopać ze schodów? Ach już wiem – ku uciesze gawiedzi i Czytelnika Marcina. (…)

Uważam, że uczciwa, ostra, a nawet trochę zjadliwa krytyka raczej nie powinna zaszkodzić (…), lecz nie zamierzam podnosić tego do rangi doktryny. (…) Każdy, kto przywdziewa na łeb perukę sędziego – w jakiejkolwiek sprawie – zostaje sam na sam z ogłoszonym przez siebie wyrokiem i swoimi wątpliwościami. A przystoi mu raczej skupienie i pokora, niźli wrzaskliwa buta.”

 

Minęło dwadzieścia jeden lat od kiedy kupiłem numer “Fenixa” w kiosku i przeczytałem odpowiedź na mój list.

 

Do dzisiaj się wstydzę.

 

Jeśli spodobał Ci się tekst, polub gambitowy profil na facebooku i instagramie. Będziesz miał dostęp do bieżących informacji, bo publikuję krótkie notki niemal codziennie.