Jak prowadzić klub planszowy w pandemii?

Wyobraź sobie pandemiczną wersję Monopoly. Zamiast stawiać hotele, układasz znaczniki zakażeń, zamiast do więzienia idziesz na kwarantannę. Potem co rundę ciągniesz kartę szansy i wychodzisz jak dobierzesz „wynik ujemny”. Dwukrotnie.

Koronawirus skutecznie przewrócił nam życie. Prowadzę w Gliwicach planszowe stowarzyszenie Gambit i szczerze powiem, że do tej pory szło mi całkiem nieźle. Cztery lata tworzyłem klub przyjazny ludziom. Wielokrotnie zmieniałem miejsce spotkań, aż załatwiłem taką salę, która nie ustępuje lokalnym pubom. Gromadziłem bibliotekę gier, wchodząc we współpracę z polskimi wydawcami. Mnóstwo ludzi przychodziło na spotkania i poznawało świetne gry. Po czterech latach ukształtowała się zwarta ekipa. Ci ludzie są zawsze, choćby się paliło. Nie paliło się, wirus przylazł i teraz nie mam nikogo. Gambit trzeci miesiąc pustkami świeci.

Jak można prowadzić klub planszowy w pandemii?

Nijak.

Naszą wspaniałą salę udostępnia instytucja podległa miastu Gliwice. A instytucje powiązane z samorządem muszą trzymać się przepisów. Do tej pory w zamkniętych pomieszczeniach nie można było prowadzić spotkań. Wyjątek stanowiły zakłady pracy lub restauracje, w których cały czas obowiązuje reżim sanitarny. Przepisy stopniowo ulegają złagodzeniu, ale u nas, by uzyskać dostęp do sali konieczna jest decyzja włodarzy miejskich i pozytywna opinia sanepidu. Przy czym ciągle możemy oczekiwać cofnięcia pozwoleń, gdy liczba zakażeń się zwiększy.

Dzisiaj usłyszałem, że pojawiły się dyspozycje, na podstawie których będzie możliwy dostęp do sali. Hurra! Kwadrans później w lokalnych mediach gruchnęła wieść, że zamykają część urzędu miejskiego, bo w rodzinach dwóch pracowników są osoby zakażone. Szlag.

Czuję się trochę jak mepel z euro gry. Z nową rundą pojawiają się nowe okoliczności i misterny plan wiodący do zwycięstwa bierze w łeb. Trzeba strategię układać od nowa, dostosować się do zmiennych warunków. Jak we wrednej ekonomicznej strategii z krótką kołderką. Nigdy nie możesz mieć wszystkiego.

Tylko, że ja nie lubię przegrywać.

W Gliwicach mamy halę widowiskowo sportową Arena Gliwice. Taką, trochę większą od katowickiego Spodka. W tej hali robiliśmy razem z kawiarnią Ludiversum planszowe noce. Raz w miesiącu przychodziło około 160 osób. Świetne miejsce, wspaniała atmosfera, dostęp do najnowszych gier, turnieje, konkursy, prototypy. Dużo się działo. Spotkania w Arenie zawieszone od trzech miesięcy. Ale jest światło w tunelu. Ma podobno odbyć się impreza plenerowa. I już pytano o planszówki. Nie znam szczegółów, ale wiem, że coś się dzieje. Jak na razie udało mi się wystąpić na kanale youtubowym Arena Gliwice. W programie przypominającym telewizję śniadaniową opowiadałem o grach razem z Łukaszem Piechaczkiem. Przynajmniej tak możemy gry pokazać.

Wiem również, że niedługo w centrum Gliwic odbędzie się wyprzedaż garażowa. Na placu w centrum miasta, w plenerze. Do tej pory aktywnie korzystałem z kiermaszy i giełd planszowych zaopatrując stowarzyszenie w nowe gry. Skoro nie można zrobić kiermaszu, wystawię stare gry gambitowe na wyprzedaży garażowej. Może znajdzie się ktoś jeszcze i przyniesie swoje gry. Może się wymienimy, może pohandlujemy. Na pewno pogadamy.

Bo trzeba te więzi powoli odbudowywać. Trzeba.

Inaczej wszystko przepadnie.

 

Na zdjęciu kata z gry Wirus wydawnictwa Muduko.

Link do programu Arena Gliwice – Planszówki – Gry i zabawy dla dzieci.