Ciotka w Londynie

Zamknięte dziś granice nie są niczym nowym. W roku dwutysięcznym jechałem pierwszy raz do Anglii. Żeby przedostać się przez granicę musiałem mieć przy sobie zaproszenie od ciotki mieszkającej w Londynie, że niby jadę w odwiedziny. Rolę ciotki odgrywała koleżanka, której udało się dostać do Anglii pół roku wcześniej. Gdyby celnik zadzwonił, koleżanka miała opowiedzieć wymyśloną historię naszej wspólnej rodziny. Do dwóch pokoleń wstecz 😊

Dzisiaj przedstawię grę Martina Wallace’a – Londyn, którą w pięknej oprawie graficznej wydało u nas foxgames.pl. Potem opowiem o mojej podróży do Londynu na początku nowego millenium.

 

Londyn według Martina Wallace’a
Londyn jest grą z ciekawym silnikiem. Uczestniczysz w odbudowie angielskiej stolicy po pożarze w 1666 roku stawiając budynki i dzielnice, zbierając dochody i punkty prestiżu, a jednocześnie unikając biedoty gromadzącej się w zaułkach.
Karty budynków mają różne kolory. Chcąc wybudować którąś, musisz oddać inny budynek w tym samym kolorze do wspólnej puli. Z tej puli mogą dobierać również przeciwnicy, dlatego dobrze się zastanów co wybudujesz i czym zapłacisz.
Opłacone karty budynków wykładasz przed sobą. Możesz kłaść na pustym polu lub nadbudowywać, kładąc nowe budynki na wcześniej wystawionych kartach. Tworzysz w ten sposób stosy. Ma to spore znaczenie. Przy uruchamianiu miasta (o tym za chwilę) w każdym ze stosów będzie gromadzić się biedota. Im większe miasto, tym więcej ubogich, dlatego kontrolowanie ilości stosów jest ważne.
Możesz również kupić całą dzielnicę. Jest droga, ale za to wielorazowego użytku i nie gromadzą się w niej ubodzy (poza małymi wyjątkami).
Uruchomienie miasta polega na pozyskaniu profitów z wybudowanych wcześniej kart. Często trzeba za to zapłacić, a karty miasta odwrócić. W większości budynki są jednorazowe! Gra zmusi cię do myślenia taktycznego. Najpierw tworzysz plan stawiając budynki, potem plan wcielasz w życie, czyli zbierasz profity z jednego budynku, by opłacić koszt uruchomienia drugiego, by z kolei zniwelować negatywne skutki z innych miejsc miasta. Nie raz w trakcie gry stworzysz łańcuszek ekonomicznych połączeń, który zamieni się w stosy kart, gromadzące biedotę przy każdym uruchomieniu miasta.
Jeśli na koniec gry zgromadziłeś w swojej części Londynu najwięcej ubogich, nie znaczy, że automatycznie przegrałeś. Wszyscy gracze porównują ilość znaczników biedoty, a Ci którzy mają ich więcej tracą prestiż. Czasem jest to strata, którą warto ponieść. Na koniec zabawy wygrywa ten, kto zyska największy prestiż.
Jak widzisz Londyn zmusza graczy do szukania różnych rozwiązań, wielokrotnego konstruowania planów i kontrolowania rywali. Można wypróbować różne strategie, dlatego gra szybko się nie znudzi, a klasyczna oprawa graficzna dodaje grze uroku. Warto Londyn poznać, pamiętając, że gra zyskuje na płynności w pełnym, czteroosobowym gronie.

 

 

Ciotka z Londynu
Przed wejściem Polski do strefy Schengen, trzeba było się nieźle nakombinować, żeby wjechać do Anglii. Mnóstwo ludzi różnej narodowości jechało do Wielkiej Brytanii zarobić. Anglicy wprowadzili ostrą selekcję na granicy, wpuszczając głównie tych co wjeżdżali wydawać kasę, a nie ją zarabiać i wywozić. Jeśli miałeś krewnych w Anglii, zawsze mogłeś na odprawie celnej powiedzieć, że jedziesz w odwiedziny. Na tej właśnie opcji oparłem swoją podróż do stolicy. Chciałem pozwiedzać i trochę dorobić, bo o pracę było tam łatwiej niż u nas.
Na początku zatrudniłem się u Czeszki. Dostałem dłuto, młotek i wielką ścianę do skucia. Przez pół dnia wykułem niewielki otwór i odkryłem nieizolowany przewód elektryczny. Czeszka w obawie o moje zdrowie kazała przerwać prace. Następnego dnia na budowie pojawił się murzyn z młotem pneumatycznym. Na pytanie co z kablem, tylko wzruszył ramionami. Ściana zniknęła w dwie godziny, a ja równie szybko straciłem pracę.
Następną fuchę złapałem u malarzy pokojowych. Żeby dostać się do firmy musiałem nakłamać, że w malowaniu mam wieloletnie doświadczenie. Dostałem do pomalowania listwy przypodłogowe. Tak się rozpędziłem, że pomalowałem przy okazji listwy na szafce łazienkowej. Szafka kosztowała więcej niż tygodniowa wypłata. Następnego dnia już nie miałem pracy.
Trzecie podejście było ostatnim. Kończyły się pieniądze i zrozumiałem, że albo się uda, albo wracam do domu. Dzięki ciotce-koleżance dostałem pracę w restauracji na brzegu Tamizy. Piękne miejsce z widokiem na London Eye. Stanąłem za barem, ale nie serwowałem wymyślnych drinków. Miałem tylko wycierać szklanki i dbać o porządek, żeby barman mógł pracować. Poznałem wtedy mnóstwo ludzi różnych kultur i narodowości. Włoch pokazał mi sekrety parzenia i podawania kawy, Litwin nauczył ciekawych drinków, czarnoskórzy kucharze pilnowali, bym nie zrzucił ciasta na pizzę, gdy próbowałem kręcić je nad głową. Na zmywaku pracował Szkot. Podobno język angielski w porównaniu do polskiego nie jest tak finezyjny jeśli chodzi o wulgaryzmy. Za każdym razem, gdy przynosiłem Szkotowi brudne naczynia słyszałem wywrzeszczanych tyle szkocko-angielskich przekleństw, że uciekałem przestraszony. Szkot stracił pracę po tygodniu, ja pracowałem w restauracji jeszcze dwa miesiące. Były to jedne z najlepszych wakacji w życiu.
Londyn warto poznać. Ten rzeczywisty, wiktoriański i wielokulturowy oraz Londyn planszowy – ciekawy i wymagający.
Zdjęcia pochodzą ze strony wydawcy i serwisu BGG.

 

Podobało się? To wejdź na facebook lub instagram i polub profil. Wysiłek niewielki, a dla mnie dużo radości. Prowadzę w Gliwicach stowarzyszenie Gambit. Może z nami zagrasz? Spotkania w każdą środę przy ul. Studziennej 6 od 17.00. (poza kwarantanną).