Rialto

Opowiem wam o gliwickiej lidze. Parę lat temu z MDK oddzieliła się grupa graczy, którym przede wszystkim nie odpowiadały godziny funkcjonowania planszowego koła. Ludzie Ci  zaczęli organizować spotkania prywatne w domach i grywać w piątkowe noce.  Tak noce, bowiem spotkania zaczynają się o 20.00, a kończą czasem nad ranem. Na lidze pojawił się ranking i dokumentowanie rozgrywek, pojawiła się punktacja i kwartalne wyłanianie zwycięzcy z wręczeniem statuetki najlepszego gracza sezonu włącznie. Najważniejszy na lidze jest jednak poziom. Od dawna podejrzewam, że niektórzy ligowcy mają w mózgi wbite procesory (które czasem jeszcze troszkę podkręcają), bo możliwości obliczeniowe mają chłopcy imponujące.

Ostatnio na forum napisałem, że szukam graczy do piątkowego, niezobowiązującego spotkania i liga upomniała się o mnie (powiało grozą nie?). Tak oto w gronie starych znajomych poznałem Rialto.

Gry Stefana Felda lubię i pisałem o tym nie raz, dlatego zadowolony usiadłem do stołu. Zadowolenie minęło, gdy dowiedziałem się, że Rialto składa się właściwie z samych licytacji. Licytacje lubię w stopniu umiarkowanym, a tu znalazło się ich trochę za dużo.

Kiedy zaczynaliśmy było koło 23.00, więc Rialto miało być „szybką piłką” i do domu.

Taaa. Ile razy ja się już nabrałem na te szybkie piłki.

Niby proste – wybierasz zestaw kart, dociągasz kilka w ciemno, a potem jest sześć licytacji, które rozgrywasz odpowiednimi kartami. Zasze dostajesz tyle dóbr ile wyłożysz kart, ale jeśli wygrasz licytację zgarniasz coś ekstra.  Jak łatwo się domyślić najbardziej efektywna gra to taka, gdzie coś odpuszczasz, by zgarnąć bonus  gdzie indziej.

– Krysiek, weź człowieku przypomnij, na cholerę mi te czapki? – pochylam się nad planszą.

– Określają pozycję na torze doży, czyli decydują o kolejności zbierania kart, rozstrzygają remisy i takie tam…

Patrzę na tor doży, mój pionek grzeje tyły, czuję, że będę tego żałował.

Oprócz licytacji w grze jest również mechanizm walki o przewagi. Zdobywamy rajców, których umieszczamy na kolejnych dzielnicach Wenecji. Jak Wenecja, to muszą być mosty, a te z kolei określają ile warta jest dana dzielnica.

Czekamy na ruch Krzyśka, Grzesiek tymczasem co chwilę zagląda w laptop.

– Co tam robisz? –pytam. – Grasz na sieci?

– Zaglądam tylko, chociaż czasem, jak przy planszy ludzie za długo myślą, na boku pykamy w Brassa przez sieć. Wiesz, żeby nie marnować czasu.

Święta Panienko miej mnie w swojej opiece – pomyślałem. Rozniosą, mnie tu na strzępy. Proch nawet nie zostanie.

Teraz gra Grzesiek. Kombinuje z budynkami. Budynki jeszcze podkręcają rozgrywkę, każdy wart jest punkty, można je przebudowywać w lepsze i  dają różne akcje. Grzesiek mamrocze coś pod nosem, pociera skronie, strzela palcami. Z boku wygląda to śmiesznie, ale nie zamierzam się śmiać. Facet właśnie przelicza wszelkie możliwe posunięcia swoje i pozostałych graczy przy stole. Na dwie tury do przodu. Prawie widzę jak jego procesor rozgrzewa się do czerwoności.

– Włączcie wentylator –cedzi Grzesiek – gorąco.

Mnie wcale nie jest gorąco.  Kiepsko siebie widzę w tej rozgrywce.

Jak przypuszczałem, gra przeciągnęła się do ponad dwóch godzin. Głównie dlatego, że graliśmy w jawne karty. Kolejna zasada ligi – jeśli jakieś elementy gry są jawne dla wszystkich w momencie wyboru, to później też ich nie ukrywamy. Memory jest dla dzieciaków, liga żąda analizy w niczym nie zmąconej postaci. I analizowaliśmy. Patrzysz w swoje karty, patrzysz w karty przeciwników, wiesz, że każdy gracz ma po dwie karty ukryte, starasz się przewidzieć w jakie licytacje pójdą przeciwnicy, uwzględniając jokery i możliwości jakie dają budynki. A budynki potrafią zamieniać jedne karty w inne, przeczekiwać licytacje itp.

Szybko doszedłem do wniosku, że mój mózg ma za mało zmarszczek na ligową odmianę Rialto.

Oczywiście wygrał Grzesiek, zaraz za nim pozostali ligowcy, potem przepaść punktowa i ja. Załatwił mnie tor doży, bo przerżnąłem wszystkie remisy.

Jakoś mnie gra nie zachwyciła. W standardowej odmianie, gdzie każdy chowa karty na ręce, Rialto jest taką grą trochę na wyczucie. W zasadzie dla sektora rodzinnego podobne podejście będzie w sam raz.  Licytujemy, zawsze coś otrzymamy, a może uda się wygrać licytację, to będzie i coś ekstra. Sporo zależy od tego co nam dojdzie na rękę i co dojdzie przeciwnikom. Ową nieprzewidywalność można ograniczyć działaniem budynków. W odmianie jawnej Rialto to morderstwo mózgu. Na szczęście nie takie było założenie autora. Jest krótka kołderka – chciałoby się wszystko, a możliwości skromne. Gra w głównej mierze składa się z licytacji, które po pewnym czasie są dość nużące. Mechanizm licytacji Feld wykorzystał zdecydowanie lepiej w innej getaway game – Speicherstadt. Rialto, chociaż działa sprawnie, nie jest aż takie fajne.

Zdjęcia pochodzą z serwisu rebel.pl i bardgamegeek.com. Autorzy (nazwy nicków): Ender Wiggins, Marcel P.

 

  • Ocena: 6/10

    Ocena: 6/10Porządne wykonanie, korzystna cena (ok 70 zł) i proste zasady tworzą z tej gry dobrą pozycję dla niedzielnych graczy, chociaż Feld robił już lepsze rodzinne gry. Licytacje w nadmiarze potrafią znużyć.